miércoles, 24 de mayo de 2017

CARACAS F.C Y COCODRILOS DE CARACAS,

Durante nuestros 40 días y 40 noches en mi amada Caracas, el deporte como tal, formó parte de nuestros acontecimientos.
Disfruté junto a mi Hermano Leo de jugar unas pachangas de futbito, y sobre todo de acompañarlo a ver a Los Cocodrilos de Caracas-Equipo de Baloncesto y a su gran pasión, El Caracas F.C.
Fuimos a ver a los Cocodrilos de Caracas jugar contra su rival por excelencia, Las Panteras. El estadio de baloncesto estaba lleno de colorido, la gente animaba y nosotros disfrutábamos de compartir unas cervezas entre canasta y canasta. El ambiente fue genial.
Pero sin duda, los momentos mas divertidos y emocionantes que vivimos en lo que deportivamente se refiere, fue cuando fuimos a ver al CARACAS F.C, el club de los amores de Leo, y adoptado como tal por mi y Marta.
Fuimos recibidos y acogidos por la Barra del equipo de una forma amigable. Una Barra fascinante, que no se cansa de animar a su equipo desde los aledaños del estadio y durante los 90 minutas que duran los partidos. Sus canciones de apoyo, forma ya parte de mis mas bellas melodías.
Junto a Leo y nuestra querida Miranda, la seguidora mas pequeña y alegre de todo el estadio, disfrutamos de dos partidos del Torneo Apertura 2017.
-Caracas F.C 1 - Deportivo la Guaira 0 
-Caracas F.C  1- Zamora F.C 1
Ambos partidos fueron en las jornadas 2 y 4 y el club mas laureado de Venezuela no perdió. Lo mejor fue haber disfrutado junto a mi hermano Leo, de su pasión, de haber vivido juntos momentos divertidos en el estadio y de haber comprobado la alegría y entrega de la Barra del Caracas F.c.
Estos recuerdos en el estadio, estos momentos compartidos y la camiseta regalada por Leo, forman ya parte de los mejores momentos de nuestro viaje alrededor del mundo. Un Mundo que el Caracas FC hizo mas apasionante.

Me dicen el matador yo soy del rojo
Y a todos los argentinos yo me los cojo
Al caracas lo quiero
Y lo llevo en el corazon
Por eso esta temporada va salir campeón
Dale dale roooo
Dale dale roooo
Dale dale roooo
Dale dale roooo
Me dicen el matador yo soy del rojo
Y a todos los Argentinos yo me los cojo
Al caracas lo quiero
Y lo llevo en el corazon
Por eso esta temporada va salir campeón
Dale dale roooo
Dale dale roooo
Dale dale roooo
Dale dale roooo
Como no te voy a querer
Si eres el rojo de mis amores
Si eres el mejor de los mejors
Por eso siempre te vengo a ver



























During our stay in Caracas Hector took part in many sport events.  Our friend Leo took us to the games of his football team- Caracas FC. We went twice and had a blast each time. The games were an unique opportunity to be a part of the supporters organization- we were seated with them and could see and join the cheering and really feel the atmosphere. 
Also, Hector went with Leo to see Caracas basketball team Cocodrillos and they even played some football with Leo´s teacher team one afternoon.

*************

Podczas naszego długiego pobytu w Caracas mieliśmy dwukrotnie okazję obejrzeć mecz piłki nożnej na żywo. Nasz przyjaciel, Leo, to zagorzały fan FC Caracas- razem z nim mogliśmy uczestniczyć w sportowym widowisku ´od kulis´ i staliśmy się częścią drużyny kibiców, zasiąść na trybunach z najbardziej zagorzałymi fanami i zobaczyć jak zagrzewa się drużynę do wygranej w wenezuelskim stylu!
Oprócz tegoHector wyciągnął Leo na mecz swej ulubionej dyscypliny- koszykówki. 
Był też sport aktywnie- mecz piłki nożnej z kolegami nauczycielami.

martes, 23 de mayo de 2017

LOS PÁRAMOS, ANDES VENEZOLANOS.

Estando en Mérida, y contemplando los Andes, uno no puede quedarse impasible y no lanzarse a recorrerlos. Nosotros decidimos ir en busca de paisajes y naturaleza a los Páramos del Parque Natural la Sierra La Culata en el corazón de otro Parque Nacional, Sierra Nevada de Mérida, en la cuenca del río Chama, el mismo que atraviesa la ciudad.
Durante un largo y hermoso día, recorrimos varios puntos de interés dentro de este espectacular ecosistema generado por una recesión glaciar que dejó una impronta geológica fascinante y que junto a la flora que hoy podemos observar quitan el hipo a cualquiera. Los paisajes son en mayoría de tipo sabana, mucha vegetación rastrera y de matorral y con un especial protagonismo de la presencia de frailejones, una especie endémica de los páramos.
Nuestro recorrido transcurrió por la carretera transandina, con el punto mas alto situado a 4118, en el famoso Pico del Águila por donde Bolívar pasó a caballo en busca de la Libertad de estas tierras. Este punto, también conocido como el Collado del Nido del Cóndor es el punto pavimentado mas alto de todo Sudamérica.
Durante el recorrido nos detuvimos en varias comunidades o poblaciones agrícolas como Mucuchíes y Apartadero, donde descubrimos parte de la gastronomía de la zona o nos deleitamos con lo que allí nos ofecía el entorno. Visitamos varios monumentos, como el de la Loca Luz Caravallo y el dedicado al perro Nevado, quien acompaño a Bolívar en su campaña admirable en estos lares. Vimos ademas la iglesia de San Isidro y el Camino Real de los españoles entre otras cosas destacadas.
Pero lo realmente fascinante, nos lo regalo la naturaleza, y fue sin duda descubrir y perdernos por los alrededores de la Laguna de Mucubají, donde el paisaje del páramo inundado de fraijelones daba un colorido espectacular a nuestros ojos. Durante un par de horas nos adentramos en el páramo y zonas boscosas en busca de paz y paisajes.
Los páramos de Mérida, son espectaculares, los Andes aquí son gobernados por cimas hermosas, por colores especiales y por tradiciones dignas de conocer,

































For a moment we were considering to do an alternative route in the mountains of Merida, but in the end decided to take an organized tour- which in the end turned out better than we feared :)
Los Paramos are the priaries in the Andes mountains-the landscapes in the mountains here are raw, almost with no trees, only the daring plants, that can survive in this harsh, windy climate. The praire is coloured in 50 shades of gray, but the monochromatic palette is rather an ilusion, when you dive into the details of the sparse vegetation. Paramos are wide open spaces, with no borders and limits- there is only the sky and the earth. The simplicity, that clashes with the majestic silhouettes of the hgh mountains makes the place incomparable to anything we have seen before.
Our route- the most popular of all the routes in the region, went along the transandina route, that reaches 4118m asl at Nido del Condor. Most of the time we were lucky with the weather and had quite good visibility despite the thick clouds covering the sky most of the time... well excet the very top of Pico el Aguila, where the skies surrounded us with thik, white as milk fogg.
On the way we stopped at a few monuments. like the one of the Nevado dog or la loca Luz Caraballo. In San Rafael de Mucuchies (which in the indigenous language means: the cold place) we visited the small chappel of Virgen de Coromoto made in stone.
At Paramo La Culata, at 3634 m asl we reached the sad place, where before lived the Condors, and now you only can see one- imprisoned as a tourist attraction in a cage...
But the most impressive was the lagoon of Mucubaji- we had just enough time to make te whole, full circle around the lagoon and enjoyed all the views a lot!

*************

Przez moment kusiły nas alternatywne trasy po górach wokół Meridy... podobno można nawet wkręcić się do kolejki górskiej, jeśli wejdzie się odpowiednio wysoko. Mało jednak na temat tych tras informacji, a te które są, są dość...hmmm.... latynosko chaotyczne i przeczące sobie nawzajem:)
Padło więc na zorganizowaną wycieczkę, czyli coś za czym nie przepadamy. Tym razem jednak się udało- objazdówka była przyjemna i tania- to kolejny wenezuelski paradoks. Po niespodziance cenowej z kolejką, okazało się że calodzinna wycieczka po preriach kosztuje naprawdę niewiele- nawet z perspektywy wenezuelskiego portfela (5000 Bs).
Los Paramos to andyjskie prerie, rozpościerające się na wysokogórskich grzbietach kilometry półpustynnych krajobrazów. Z pozoru prerie te są monotonne, nie ma spektakularnych urwisk, głębokiej zieleni dzunglii czy spektakularnyh wodospadów. Nie ma drzew i nie ma kolorów. Jest prawie monochromatyczna przestrzeń- pięćdziesiąt odcieni szarości, brunatne trawy i gołe skały. Jest ostro zarysowana granica miedzy nieboskłonem a ziemią. Krajobraz jest surowy, a nad górami i dolinami Meridy króluje wiatr. Paramos są jednak pełne magii a otwarte orzestrzenie i majestatyczne ogromne góry, które ostrymi krawędziami kamieni przecinają niebo dają poczucie wolności i oderwania od reszty świata.
Odwiedziliśmy San Rafael de Mucuchies i maleńką, kamienną kapliczkę Maryi z Coromoto, ale z miasteczka zabraliśmy także wspomnienie niepowtarzalnego smaku chicha andina, czyli fermentowanego napoju z kukurydzy, doprawionego przypawami takimi jak cynamon i goździki.
Zatrzymaliśmy się w czysto japońskim (trzy fotki i ruszamy dalej) stylu przy pomnikach psa wenezualeskiej rasy Nevado oraz znanej z lokalnych legend, szalonej Luz Caraballo.
Najwyższym punktem wycieczki- a zarazem najwyższym punktem transandyjskiej drogi, było Niedo del Condor- Gniazdo Kondora- na wsokosci 4118m. Aż do tego momentu mieliśmy szczęście z pogodą, tutaj chmury nas jednak dopadły- dosłownie... Niebo na szczycie góry, zwanej popularnie Orlim Szczytem, było tak zachmurzone, że o podziwianiou widoków można było zapomnieć... mieliśmy za to okazję pobawić się w chowanego z gęstą jak mleko mgłą, która ograniczała widoczność do zaledwie kilku metrów. Na szczęście chmury pokryły tylko najwyższą część naszej trasy, zaledwie kawałek niżej mgła ustąpiła.
Na Paramo La Culata, na 3634 m npm odwiedziliśmy miejsce smutne, bo przypominające nam naszą własną ludzką głupotę... Kiedyś w tym rejonie And pełno było kondorów, dziś można je tutaj zobaczyć praktycznie tylko w niewoli (na wolności są rzadkością)- tak jak ma to miejsce właśnie tutaj. Samotny Kondor, umieszczony w niezbyt wielkiej klatce stał się turystyczną atrakcją oraz tragicznym symbolem naszego braku szacunku dla natury....
Najpiękniejszym momentem dnia była dla nas wizyta nad polodowcowym jeziorem Mucubaji. Kiedy okazało się że mamy godzinę czasu, bez namysłu ruszyliśmy na spacer wokół jeziora-a obchodząc je, oprócz niesamowitych widoków i przyjemnej wędrówki w rejony, dokąd nik inny nie dociera, mieliśmy też bliskie spotkanie z andyjskim jeleniem :)